Podróże,  Medytacja

O samotnych podróżach bliskich i dalekich

Tak naprawdę to napisałam ten tekst dawno temu siedząc sama na lotnisku gdzieś bardzo daleko. I tak też miał wyglądać ten mój tegoroczny październik – na walizkach (albo raczej z plecakiem), więc tekst miał szansę stać się na nowo aktualny. Miałam spędzić ten miesiąc podróżując, jak najwięcej i jak najdalej tylko mi się uda, tak długo aż starczy mi oszczędności i nadejdzie konieczność by powrócić i oddać się w ręce stałego etatu. Ale tak do planów, jak i do czegokolwiek innego w życiu, nie należy się za bardzo przywiązywać i całe szczęście udało mi się już tę magiczną wiedzę posiąść. Także o, jest jak jest, a tekstem dzielę się mimo wszystko, bo wciąż to przemyślenia bliskie memu sercu.

Lubię siebie w podróży. Szczególnie tej samotnej, kiedy każda pokonana przeszkoda staje się moim własnym trofeum, a każdy zapierający dech w piersiach widok wynagradza największe trudy i momenty zwątpienia. Mam wrażenie, że podróżując na własną rękę jestem zupełnie inna niż na co dzień. Bliższa tej wersji siebie, którą chciałabym być. Bardziej uśmiechnięta, ufna i otwarta na ludzi. Bardziej spontaniczna, skupiona na trwającym momencie i lepiej radząca sobie z niepowodzeniami. Każde miejsce jest całkowicie nową przygodą, każda poznana osoba zupełnie nowym początkiem.

Wiecie jak to jest, każdy z nas ma po kilka wersji własnej osobowości – jesteśmy nieco inni przy partnerze, bardziej „jacyś” dla przyjaciół, a jeszcze w inny sposób zachowujemy się przy rodzinie. Mam wrażenie, że z dala od osób, do których na co dzień się dopasowujemy i równie daleko od znanego nam środowiska chyba najbliżej nam do samych siebie. Powoli dociera do mnie, że na tym właśnie polega ta magia, za którą tęsknię szukając kolejnych biletów lotniczych.

Nie raz słyszałam od znajomych czy rodziny, że musi mi być strasznie smutno kiedy podróżuję sama. Że ogólnie to fajnie, no podziwiają, szacun za odwagę, ale oni by tak nie mogli, bo co to za radocha jak nie można się tymi wrażeniami z kimś podzielić ani zamienić z kimś słowa przy śniadaniu. Więc w gruncie rzeczy to spoko, ale takie spoko ze spojrzeniem pełnym politowania. Ja z kolei życzę każdemu odwagi aby wyrwać się na jakiś czas ze swojego środowiska w krótszą lub dłuższą podróż bez chłopaka, przyjaciółki, mamy, brata, żony. I najlepiej bez słuchawek na uszach.

Podróżowanie z kimś i podróż samemu to dla mnie zupełnie dwa różne doświadczenia, które wzajemnie się dopełniają i pozwalają się rozwinąć w zupełnie inny sposób. Cudownie jest dzielić trudy podróży z jakąś bratnią duszą – śmiać się przez łzy kiedy wydaje się, że już nie złapiecie stopa i przyjdzie Wam spać w rowie, rozkoszować się dobrą kolacją zapijaną butelką wina czy wybrać się na dobrą imprezę. Dzielą się koszty, dzieli się odpowiedzialność, dzielą się zmartwienia. Jest gwarancja dobrze spędzonego czasu i poczucie bezpieczeństwa. Ale jednocześnie dużo nas omija. Niesamowici ludzie, których spotkalibyśmy na swojej drodze, gdybyśmy tak jak oni akurat nie mieli towarzysza do piwka w backpackerskim hostelu, całkowita swoboda w podejmowaniu kolejnych kroków i ta unikalna możliwość złapania dystansu do wielu spraw i wglądu w siebie. Niezmiennie zachwyca mnie jak wiele inspiracji znajduję kiedy ruszam w drogę sama.

Samotna podróż ma w sobie coś z medytacji. Z takiej prawdziwej, najczystszej obecności w pełnej uważności. Nie przegadanej, nie przyćmionej niczyją obecnością, nie skazanej na kompromisy, nie ukrywającej emocji, nawet tych najbardziej niewygodnych. Podróżując samotnie podążasz tylko za swoimi potrzebami, planami, odczuciami i masz pełną przestrzeń na to, żeby zastanowić się czego potrzebujesz, gdzie dalej chcesz się udać i jakie emocje Ci towarzyszą. Całe otoczenie chłoniesz też jakby bardziej. Wszystko jest bliżej.

I nie trzeba od raz ruszać w roczną podróż dookoła globu. Można wyjechać samemu na weekend w góry, pojechać do innego miasta na samotny weekend albo wybrać się na jakiś fragment Camino de Santiago (co sama sprawdziłam i szczególnie polecam jako cel pierwszej dalszej samotnej podróży). Można też zacząć od samotnego długiego spaceru. W pandemicznej rzeczywistości cieszy mnie nawet namiastka tego uczucia bycia samotnym podróżnikiem, którą funduję sobie czasem ruszając ulicami swojego miasta, bez celu i bez planu, obserwując wszystko z perspektywy włóczącej się turystki, przesiadując nad kubkiem z kawą albo kieliszkiem wina w losowym barze i przypatrując się ludziom z jego okien.

I choć wojaże są chwilowo mocno ograniczone to paradoksalnie temat jest może nawet bardziej aktualny niż kiedy na początku pisałam ten tekst.

Społeczna izolacja sprawia, że teraz niejednokrotnie musimy zmierzyć się z byciem samym ze sobą już nawet bez uciekania gdzieś daleko. Zamknięci w czterech ścianach, zostajemy nagle bez rozpraszającego zgiełku, rozmów, śmiechu, opinii, pędu, zadań i wszystkich innych bodźców, które rzeczywistość do niedawna fundowała nam każdego dnia. Całe szczęście, że możemy zagłuszyć emocje przy pomocy memów, social mediów, Netflixa i butelki wina, bo przecież co by było, gdyby tak… spróbować choć raz pobyć tylko ze sobą. A może jednak?

W oryginale zakończenie tego odkurzonego tekstu napisanego kiedyś do mojego foldera „fsdhdsh” zmienionego z czasem na „blog” brzmiało tak: Dziś rano zwlekając się leniwie z łóżka zastanawiałam się po co mi to wszystko. Ustabilizowałam się, osiadłam, poczułam dobrze z tym, że codziennie rano piję kawę z tego samego kubka. Wszystko się ułożyło, znalazłam punkt zaczepienia, już nie muszę uciekać. Wkręciłam się na nowo w codzienność. A jednak znów lecę i to jak dotychczas w najdalszą samotną podróż. Łatwą, dobrze zaplanowaną, z biletem powrotnym, więc żaden tam podróżniczy skok na głęboką wodę. Wygląda na to, że jednak nie jestem z tych, którzy za ostatnie pieniądze kupują one-way ticket na drugi koniec świata i błąkają się tam od jednego hipisowskiego miejsca do drugiego zarabiając na sprzedaży plecionych bransoletek. Czy chciałabym być? Sama nie wiem. Rutyna jednak szybko wciąga. Jeszcze rano musiałam walczyć z dziwnym niepokojem, że jak wyjadę to nagle wszystko mnie ominie i przepadnie na zawsze. Teraz martwi mnie, że nie zabookowałam jeszcze żadnych kolejnych biletów lotniczych. Może w końcu ten Izrael?

 

Ale Izrael niestety nieprędko.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *